Ustawiłem kamerę na wprost szklanej gabloty. Sprawdziłem kadr. Zrobiłem pierwsze ujęcie. Nie byłem zadowolony. Małe zawieszone nad nią lampki blikowały po szybach i fałszowały obraz. Zmieniłem ustawienie. Powtórzone ujęcie nie było leprze. Kolejne również .Teraz to już się wkurzyłem. I na dodatek bateria dawała wyraźne znaki swojego zużycia. Wyłączyłem kamerę. Podszedłem bliżej gabloty. Spojrzałem w woskową twarz stojącego w niej szamana. Kunsztownie zrekonstruowana przez naukowców na podstawie znalezionych szczątków, wyglądała jak żywa. Była to twarz starego, doświadczonego przez życie człowieka. Pełna dostojeństwa i głębokiego skupienia nad sprawami wykraczającymi poza zwykłą ludzką świadomość. Na głowie żelazna, rytualna korona. Przykryta kawałkami kolorowego materiału z opadającymi na ramiona taśmami, podkreślała majestat tej tajemniczej postaci. Przez chwilę wydawało mi się, że zwisające nad czołem żelazne dzwoneczki delikatnie się poruszyły. Poczułem na plecach zimne ciarki. . Z wrażenia zrobiłem krok do tyłu. Jeszcze raz spojrzałem na przytwierdzone do żelaznej obręczy trzy dzwoneczki. Były nieruchome… Najwyraźniej coś mi się przewidziało.
Zacząłem uważniej przyglądać się szczegółom szamańskiego stroju. To w nich ukryta jest cała wiedza o świecie, do którego wstęp ma tylko wybraniec bóstw i duchów. Szaman. Strój i rytualne przedmioty określają też rangę i stopień wtajemniczenia ich właściciela. Przed wyjazdem czytałem kilka ciekawych opracowań na ten temat znalezionych w Internecie. Mając teraz przed sobą oryginał na wyciągnięcie ręki mogłem skonfrontować zdobytą wcześniej wiedzę.
Najbardziej imponującym elementem tego stroju był długi, skórzany płaszcz z frędzlami różnej długości u dołu i przy rękawach. Z tyłu, na wysokości ramion sterczały ostre, żelazne szpony chroniące szamana w trakcie rytuałów przed niebezpiecznymi demonami. Z łączącej je metalowej listwy zwisały do ziemi kolorowe pasy i tasiemki obszyte mongolskimi symbolami .
Z przodu, z tyłu i po bokach cały płaszcz obwieszony był niezliczoną ilością małych żelaznych przedmiotów. Odniosłem wrażenie, że te wszystkie dzwoneczki, łańcuszki i kółka rozmieszczone są w jakiś dziwnie uporządkowany sposób. Tak jakby stanowiły coś w rodzaju punktów orientacyjnych naniesionych na mapę. Dźwięki tych metalowych przedmiotów miały za zadanie odstraszać nieprzychylne duchy podczas szamańskiej wędrówki w zaświatach.

Moją uwagę zwrócił też inny, metalowy i okrągły przedmiot zwisający na jego piersi. Zapewne to jakiś ważny amulet – pomyślałem. Zbliżyłem twarz do szyby i wtopiłem w niego swój wzrok. Próbowałem odnaleźć tam ukryte tajemnicze znaki lub symbole. Poza śladami starannie oczyszczonej rdzy niczego szczególnego nie znalazłem. Byłem rozczarowany. Miałem już zrezygnować, gdy nagle w tym metalowym krążku pojawiło się odbicie mojej twarzy… Olśniło mnie. Tak, to jest to słynne szamańskie lustro. Symboliczna ochrona serca przed złymi mocami i zaklęciami. Poczułem się dziwnie. Szarpnął mną gwałtowny dreszcz i w jednej chwili ciało zrobiło się ciężkie jak z ołowiu. Z trudem cofnąłem głowę od szyby. W szamańskim lusterku wciąż widziałem swoje odbicie i na dodatek wydawało mi się, że coś do mnie mówi. Znieruchomiałem. Stałem jak kamienny posąg naprzeciw manekina ubranego w autentyczny strój szamana z przed 300 lat. Nie mogłem oderwać wzroku od metalowego krążka w którym wciąż widziałem swoją twarz.
Nie odczuwałem strachu. Nie czułem żadnego lęku. Właściwie to chyba nic nie czułem. I nie odniosłem też żadnego wrażenia, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Trwało to jakąś chwilę…
Tak samo jak nagle się pojawiło, również nagle zniknęło. Zniknęło również moje odbicie. Po kręgosłupie znowu przeleciał gwałtowny, zimny wstrząs. Odrętwienie ustąpiło. I stałem się leciutki niczym piórko. Bezcielesny. Spokojny i w pełni świadomy, że w tym właśnie momencie została nawiązana jakaś tajemnicza więź między mną, a tym muzealnym eksponatem zamkniętym w szklanej gablocie. Ale dla mnie nie był to już zwykły eksponat, manekin ubrany w strój szamana z przełomu XVII i XVIII wieku. Była to moc. Siła i moc, którą wyraźnie poczułem. Bez żadnych fajerwerków. Żadnych elektrycznych promieni wylatujących z oczu, ust czy rąk, jakie zdarza się nam oglądać w naiwnych, filmowych bajkach. To był stan totalnej akceptacji… tu i teraz. Bez napięcia. Bez obaw, że coś miałoby się nie udać, że coś wyjdzie nie tak jak powinno. Zero ciśnienia, że cokolwiek muszę, skoro i tak wszystko samo się dzieje. Pozwalam się temu poddać. Pozwalam unieść się tej fali. Niech niesie mnie dokądkolwiek. Jest we mnie wiara i ufność. Z pokorą przyjmuję wszystko co ma się wydarzyć.
Mam przecież szamańskie błogosławieństwo na drogę.

Trudno mi w racjonalny sposób wytłumaczyć doznanie jakie przeżyłem w tamtej chwili. To raczej zadanie dla naukowców. Neurofizjologów i psychologów badających tajemnice ludzkiego mózgu i ludzkiego umysłu. Dla mnie wystarczy świadomość istnienia takich chwil i radość ich przeżywania. Ten stan albo BŁOGOSTAN , który fizjologia określiłaby jako chemię endorfin trwał we mnie przez cały okres naszej podróży. Jak kol wiek byśmy tego nie nazwali . czy jest to intuicja, wewnętrzna moc, czy też duchowe przewodnictwo. Wielokrotnie zawierzyłem tej wewnętrznej sile i nigdy, ale to nigdy się nie zawiodłem.
Autor zbigniew_dabrowski