Ustawiłem kamerę na wprost gabloty.
cdn…
- Dima daragoj. Jesli przy każdym eksponacie będziesz miał tyle do powiedzenia co przy tej pierwszej planszy, to nie wyjdziemy stąd aż do wieczora. Musisz nam wybaczyć ale brakuje nam już czasu żeby obejrzeć całą tą ekspozycję. Mam więc serdeczną prośbę, żebyśmy skoncentrowali się nad tym co nas najbardziej interesuje i po co tutaj przyszliśmy. Proszę cię, abyśmy przszli na koniec tej sali do gabloty z szamanem. I opowiedz nam po krótce o tradycji szamańskiej Buriatów – zwróciłem się do naszego młodego przyjaciela kiedy Wala skończyła tłumaczyć chłopakom jego ostatnią wypowiedź.
Dima spojrzał na mnie ze zdziwieniem i spytał – Skąd wiedziałeś, że tam właśnie jest szaman? Chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie potrafiłem dać mu racjonalnej odpowiedzi.
- Mamy na dzisiaj bardzo napięty program i chciałbym, żeby wszystko poszło w miarę sprawnie. Już za chwilę będziemy musieli się stąd zbierać. Musimy zdąrzyć do dacanu w Iwołgińsku, a w drodze powrotnej chcemy zobaczyć jeszcze Muzeum Etnograficzne.
Pomińmy więc te eksponaty i przejdźmy tam od razu – wskazałem ręką w kierunku końca sali.
Dima był zdezorientowany. To musiało zdecydowanie zakłucić jego koncepcę przekazu informacji. Rozejrzał się po sali.
- Tak, to z pewnością potrwałoby jeszcze trochę czasu, a skoro wam jego brakuje, to choćmy do szamana – z pełnym zrozumieniem zareagował na moją prośbę Dima.
Kiedy Wintu rozkładał statyw i montował na nim kamerę, ja w tym czasie posadziłem Dimę na krześle i montowałem mikrofon do jego marynarki.
- Weź małą kamerę i skręć detale stroju. Zrób też te akcesoria szamańskie z gabloty obok. My zrobimy wywiad z Dimą – rzuciłem do Marka przez ramię.
Mimo, że już wcześniej wymyśliłem sobie taką właśnie scenę w muzeum, to mimo wszystko był to mój debiut. Ręce mi się trzęsły, kiedy wpinałem Dimie mikrofon w klapę marynarki.
- Kiedy kiwnę ręką zacznij mówić do kamery. Masz trzy minuty na wypowiedź. Mów tylko o szamanizmie buriackim. To co jest jego kwintesencją i nie zagłębiaj się teraz w szczegóły. Na razie nagrywamy słowo wstępne. Jesteś gotowy?
Dima poprawił marynarkę, wyprostował się i kiwnął do mnie głową.
- Cisza na planie. Kamera. Akcja – wypowiedziałem te sakramentalne słowa i machnąłem ręką.
Nasz bohater wziął głęboki oddech, potem drugi i trzeci. Już myślałem, że się zaciął. Chciałem wyłączyć kamerę. Miałem to zrobić ale na szczęcie Dima rozpoczął swój wykład. I mówił przez co najmniej 5 minut. Kiedy skończył przestawiliśmy statyw z kamerą naprzeciwko gabloty z szamanem.
- To jeden z najcenniejszych eksponatów w naszym muzeum. Kompletny strój szamana z jego wszystkimi magicznymi akcesoriami. Pochodzi prawdopodobnie z przełomu XVII i XVIII wieku i należał do bardzo ważnego i silnego buriackiego szamana. Został odnaleziony przez ekspedycję archeologiczną w 1926 roku w jednej z pieczar w Nadbajkalskich Górach. Chodzą pogłoski, że podczas badania jego szczątków słychać było dźwięki bębna. Tego właśnie bębna – nasz przewodnik podszedł do gabloty i wskazał go ręką.
- W każdym bądź razie naukowcy uszanowali święte obyczaje. Szczątki z powrotem wróciły do groty, a strój i bęben trafiły do muzeum. Twarz tego manekina zrobiona jest na podstawie rekonstrukcji odnalezionych kości czaszki. Zapewne tak wyglądała twarz tego szamana z przed 300 lat.
Dzisiaj Buriaci, wyznawcy szamanizmu przychodzą tutaj i składają mu ofiary. Pozostawiają pieniądze, kartki z modlitwami i osobistymi prośbami. W dalszym ciągu jest on dla nich obiektem czci i kultu. Jeden z naszych ochroniarzy opowiadał, że słyszał nocą dźwięki bębna i zaklinał się, że mówi prawdę.
- A ty w to wierzysz ? – spytałem. Dima spojrzał na mnie uważnie.
- Skąd ty wiedziałeś, że ten na końcu w gablocie to szaman. Tu jest kilka gablot ze strojami. Jesteś tu przecież po raz pierwszy. Sam widzisz, że coś w tym musi być. Są rzeczy na świecie o których nie śniło się nawet największym filozofom – z tajemniczym uśmieszkiem na twarzy odpowiedział mi Dima.
Od ostatniego wpisu minęło już pól roku. Równo sześć miesięcy przeleżał bezczynnie mój czarodziejski ołówek. Najwyższy czas żeby go zatemperować i niech przenosi mnie ponownie w przeszłość do chwil spędzonych na bajkalskiej ziemi…
… Obudziłem się o 4 rano. Ciemno. Próbuję uspokoić myśli, które zaczęły kotłować się w mojej głowie. Jest ich coraz więcej i więcej. Wchodzą i to bez zaproszenia, jak przez otwarte drzwi, których nie mogę zamknąć. Wiercę się z boku na bok. Nic nie pomaga. Sen nie przychodzi, a myśli stają się bardziej natarczywe. Perspektywa nowego dnia wprawia mnie w wielkie podniecenie. Pozycja horyzontalna zaczyna mnie już uwierać. Wstaję i wychodzę na korytarz. Hotelowe okno na 11 piętrze wynagrodziło mi wspaniałym widokiem na rozświetlone centrum Ułan-Ude. Dotrwałem do wschodu słońca. Nie było to jednak zjawisko zapierające dech w piersiach, raczej skromne i zapowiadało humorzasto, chmurzasty dzień.
Wróciłem do pokoju i na szczęście udało mi się zapaść w godzinną drzemkę.
… Przed Muzeum Historii Buriacji stanęliśmy pełną czwórką z 15 minutowym wyprzedzeniem. Od hotelu było to dosłownie 3 minuty piechotą. Nasz przewodnik i kierowca był tam już przed nami. Rozmawiał przed wejściem z ochraniarzem, który jak się potem okazało był jego znajomym. Ten fakt stał się bardzo istotny dla rozwoju wypadków całej tej muzealnej historii.
Domba – tak miał na imię nasz buriacki opiekun – poinformował, że muzeum będzie otwarte o 10. Mieliśmy chwilę żeby dopracować harmonogram dnia z tytoniową inhalacją.
Na 1 punkt programu przed którym właśnie staliśmy przeznaczyliśmy 3 godziny. Potem miał być dacan w Iwołgińsku, który jest głównym centrum buddyzmu tybetańskiego na całą Rosję, a w drodze powrotnej programowo zajrzymy do muzeum etnograficznego ziemi buriackiej.
Wybiła 10. Ochroniarz otworzył ciężkie, rzeźbione w drzewie wrota i wpuścił nas do środka. Podchodzimy do kasy w której na razie nikogo nie ma. Czas mija nam na oglądaniu rozmaitych pamiątek, które każdy turysta może tu nabyć. Z wywieszonej przed kasą informacji dowiedzieliśmy się o zróżnicowanych cenach biletów. Wybraliśmy opcje z możliwością fotografowania i filmowania eksponatów. Była oczywiście najdroższa. W takim celu zresztą tutaj przyszliśmy. Winetu zebrał kasę ale okienko wciąż było zamknięte. Czas upływa. Znowu oglądamy suweniry podziwiając tą mongolsko-rosyjską cepeliadę. Czekamy już 15 minut. Nic się nie dzieje. W długim holu jesteśmy tylko my i ochroniarz. Zaczynamy się niecierpliwić. Widząc to Domba zagaduje ochroniarza w swoim buriackim narzeczu i po chwili kiwa na nas ręką. Podążamy za naszym przewodnikiem i jego znajomym ochroniarzem na pierwsze piętro.
Stanęliśmy przed wysokimi, podwójnymi drzwiami pomalowanymi jeszcze w czasach Związku Radzieckiego białą olejną farbą. Ochroniarz wyciągnął z kieszeni swoich spodni pęk kluczy. Wybrał ten właściwy i otworzył nim drzwi za którymi znajdował się kawałek buriackiej historii. Dosłownie kawałek i to ten późniejszy. Pobudyjski. Weszliśmy do dużej sali w której zgromadzone zostały eksponaty związane z okresem XVIII wiecznej ekspansji buddyzmu tybetańskiego na ziemie zamieszkiwane przez Buriatów. Od momentu kiedy 150 tybetańskich lamów, misjonarzy przekroczyło Sajańskie góry podzieliło ten mongolski naród na wyznawców dwóch religii. Tej starej i pierwotnej – szamanizmu i tej nowej, przyniesionej z odległego Tybetu i Mongolii przez wędrownych mnichów – buddyzmu. To nie był szczególnie spokojny okres. Można go określić jako czas wojen religijnych między bratnimi plemionami. Rozpoczęte wówczas starcia między bóstwami szamańskimi, a demonami, strażnikami buddyjskiej wiary przerwały dopiero rządy radzieckiej władzy. Stalinowski terror załatwił to przez obozy pracy ( gułagi ) do których trafili wyznawcy różnych religii bez wyjątku w ramach kolejnej „wojny religijnej”. Wojny wypowiedzianej przez ateizm sowiecki ze wszystkimi religiami obecnymi na terytorium Rosji Radzieckiej.
Zaprawdę było co oglądać. Zgromadzone w tej obszernej sali eksponaty sztuki tybetańskiej, hinduskiej, mongolskiej i buriackiej to istne perełki artystycznego kunsztu ich twórców. Wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem tego co zobaczyliśmy i wiedzy, którą nam zaprezentował Domba w zastępstwie wciąż nieobecnego muzealnego przewodnika. Ciarki przeleciały mi po plecach gdy stałem przy gablocie w której leżał XV wieczny oryginał Traktatu Medycyny Tybetańskiej w okładkach z kunsztownie wyrzeźbionej kości słoniowej.
Trzeba przyznać, że Muzeum w Ułan – Ude może poszczycić się bardzo oryginalnymi i licznymi zbiorami w dziale medycyny tybetańskiej. Od momentu przejścia części Buriatów na buddyzm stanowili oni dość liczną grupę studiujących medycynę i astrologię w klasztorach w samym Tybecie. Potem wracali do siebie, budowali dacany i otwierali własne ośrodki klasztorne, w których również wykładano medycynę i astrologię. Wizyta w tym dziale buddyjskim okazała się dobrym przygotowaniem do późniejszych odwiedzin w dacanie Iwołgińskim.

Zanim się zorientowaliśmy minęło półtorej godziny naszego pobytu w muzeum. Czas w końcu na historię przedbuddyjską. Przy wyjściu zakupiliśmy kilka pocztówek u kobiety pilnującej eksponatów i zeszliśmy na parter. Drzwi do sali, którą powinniśmy zwiedzić w pierwszej kolejności były jeszcze zamknięte. Ja i Marek skorzystaliśmy z okazji wychodząc przed muzeum na szybkiego dymka. Gdy wróciliśmy Wala i Winetu oraz muzealny przewodnik byli już w środku. Przywitaliśmy się, a pierwsze 10 minut minęło na badaniu naszych tożsamości jak byśmy byli w wydziale KGB a nie w muzealnej sali. Pomimo tego szczególnego zainteresowania nami, poczuliśmy do tego młodego człowieka szczerą sympatię. Błyskotliwy i dowcipny Dima od razu stworzył dobry klimat do rozmowy. Kolejne 10 minut minęło na opowiadaniu śmiesznych dowcipów i zadawaniu nam etnograficznych zagadek.
A oto prawdopodobna historia tych ziem i jej mieszkańców – Dima wskazał ręką wiszącą tuż przy samym wejściu dużą, kolorową planszę. Podeszliśmy bliżej. Zaznaczone były na niej kierunki ekspansji człowieka na nadbajkalską ziemię w różnych okresach historycznych.
- Historia Bajkału zaczyna się około 30 milionów lat temu, natomiast historia człowieka nad tym jeziorem, które przez miejscowych nazywane jest Świętym Morzem zaczyna się dopiero 30 tysięcy lat temu.
Dima zaczynając swoją opowieść w mgnieniu oka zamienił się w profesjonalnego, muzealnego przewodnika.- Jak sądzicie co działo się w okresie po między powstaniem Jeziora Bajkał, a pojawieniem się tutaj pierwszego człowieka ? Nie czekając na naszą odpowiedź Dima kontynuował.
- To był okres kształtowania się krajobrazu tej ziemi. To co zobaczycie dzisiaj jest obrazem widzianym przez człowieka z przed 8, 9 tysięcy lat. Pierwszy człowiek 30 tysięcy lat temu widział tundrę i rozległe zielone stepy. Być może widział też pasące się nad Bajkałem mamuty i inne, nieżyjące już stworzenia.
Czy ludzka stopa stanęła się tutaj wcześniej ? Trudno nam dać jednoznaczną odpowiedź. Współczesna wiedza nie potwierdza tego, ani nie zaprzecza. Archeologia tych ziem może odnieść się tylko do tego co odkopała i zweryfikowała. Być może jeszcze wiele tajemnic skrywa ta ziemia, które spokojnie czekają na swoje spektakularne odkrycie. Jeśli zaś chodzi o Buriatów współcześnie zamieszkujących te tereny, to pierwsze ich plemiona pojawiły się tutaj stosunkowo późno, a dopiero w XII wieku naszej ery można mówić o ukształtowaniu się narodu buriackiego – snuł swoją opowieść nasz przewodnik.
Ponieważ Marek i Winetu nie kumali tej opowieści w oryginale, co chwilę nasz nadworny tłumacz – Walentyna musiała przekładać te informacje na język polski. Dima mówił w swoim ojczystym języku, potem czekał aż Wala przetłumaczy, a czas nieubłaganie płynął do przodu. Zanim się zorientowaliśmy przy pierwszej planszy upłynęło nam już prawie pół godziny.
Kiedy Wala tłumaczyła chłopakom historię o zamieszkujących tu przed Buriatami plemionach Kurykanów, których ślady można spotkać w różnych miejscach nad Bajkałem, rozejrzałem się po sali. Mój wzrok zatrzymał się na samym jej przeciwległym końcu. Zatrzymał się i już tam pozostał. I tam było właśnie to, co przywiodło mnie do tego muzeum. I po mimo prób zmiany scenariusza dnia przez moich współtowarzyszy, uparcie przy nim wytrwałem. To była nagroda
i tryumf mojej podświadomości, która skierowała moje pierwsze kroki na tej buriackiej ziemi
właśnie tu. Do tego muzeum. Do tej sali. Gdzie na samym odległym jej krańcu, w szklanej gablocie, podświetlonej kilkoma lampkami stał … ON. Wielki Szaman.
Lekko szarpnęło wagonami i pociąg zatrzymał się na dworcu w Ułan – Ude. Właśnie dobiega końca nasza trzecia doba w podróży. Jesteśmy około 7 tysięcy kilometrów od Warszawy, w stolicy Autonomicznej Republiki Buriacji. Tutaj jest godzina 15 a w Polsce już 22. Jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi. Ta prawie ośmiogodzinna podróż słynną Transyberyjską koleją upłynęła nadspodziewanie szybko. Pełna wrażeń. Pełna emocji. Ukoronowana na koniec tym pierwszym, niezwykłym spotkaniem z młodą, początkującą szamanką z miasta Konsomolsk nad Amurem.
Celowo napisałem – „pierwszym spotkaniem” – ponieważ takich niezwykłych spotkań w naszej całej podróży było naprawdę wiele. Mijają już dwa lata od tej bajkalskiej wyprawy.
A mnie wydaje się jakby to było wczoraj. Wszystkie te wydarzenia utrwaliły się w mojej pamięci tak mocno i wyraźnie niczym wyryte w glinie sumeryjskie tabliczki . Choć myślę już o następnej wyprawie , którą rozpoczniemy dokładnie za miesiąc, to i tak bez żadnego trudu wracam pamięcią do tamtych niezapomnianych 16 dni spędzonych nad Bajkałem.
Pierwszy krok na buriackiej ziemi postawiony został na… 1 peronie całkiem ładnego, świeżo odmalowanego w jaskrawo – żółtym kolorze dworca. Tutaj miał na nas czekać serdeczny przyjaciel Sieroży, kuzyna Walentyny z którym widzieliśmy się poprzedniego dnia w Moskwie.
Mieliśmy wypatrywać rosłego chłopa po pięćdziesiątce o siwej, bujnej czuprynie. Patrzę przed siebie w kierunku budynku dworcowego. Stoi tam kilkanaście osób. Jest. Stoi. Właściwie to wyrasta ponad ten tłumek o standardowym dla Buriatów wzroście. Zapewne to on rozpoznał nas pierwszy. Zresztą trudno byłoby nas nie rozpoznać. Cztery objuczone wielbłądy na peronie. Styl turystyczny i europejski pośród normalnych ludzi o charakterystycznych mongolskich rysach. Sezon turystyczny jeszcze się tutaj nie rozpoczął. Byliśmy więc jedynymi, którzy wysiedli z tego pociągu i od razu było widać, że to obcy.
Facet jak potężna góra Munduk Sardyk ruszył w naszym kierunku.
Przyjaciel kuzyna Walentyny też jest naszym przyjacielem. Postanowione. Pierwsze przywitanie. Uściski dłoni. I od razu mówimy sobie po imieniu.
Aleg – tak miał na imię nasz nowy opiekun. Jak na Buriata zdecydowanie wyróżniał się swoją atletyczną budową ciała. Miał chyba z metr dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, co w śród ludzi pochodzenia mongolskiego należy do rzadkości. Stąd moje porównanie do ich świętej i najwyższej w całej Syberii góry. (Munku Sardyk – 3491 mn.p.m )
Pożegnaliśmy się Olą, która wyszła z nami na peron. Zrobiliśmy na koniec pamiątkową fotkę i ruszyliśmy na spotkanie z nową przygodą.
Zarezerwowałem dla was pokoje w Hotelu „Buriacja”. To całkiem przyzwoity hotel. Myślę , że się wam spodoba – powiedział Aleg.
Zapakowaliśmy się do dwóch samochodów, czekających na nas przed dworcem. Nim się spostrzegliśmy otwierał się już hotelowy szlaban na drodze pod główne wejście.
Na pierwszy rzut oka hotel robi wrażenie ekskluzywnego miejsca. Szerokie hole. Ściany w mozaikach z tradycyjnymi mongolskimi ( buriackimi ) wzorami. Duże kwiaty w dużych donicach. Skórzane fotele przy recepcji w które od razu się zapakowaliśmy.Tymczasem Aleg załatwiał formalności meldunkowe. Trwało to jakąś chwilę. Ustaliliśmy, że będziemy tu na dwa noclegi. Dzisiaj i jutro. To pewne. Potem zobaczymy. W końcu uśmiechnięte recepcjonistki wręczają nam dwa klucze na plastikowych, dużych breloczkach.
Winetu z Markiem pokój bez telewizora na siódmym, a my z Walą na dziewiątym piętrze za to z telewizorem marki Sony. Niestety pilot, jak się później okazało miał wyczerpane baterie.
Pokoje w których zostaliśmy zakwaterowani nie robiły już tak ekskluzywnego wrażenia jak główny hol recepcyjny. Zdecydowanie stały w kontraście z tym pierwszym wrażeniem.
I na tym moje spostrzeżenia zakończę. Najważniejsze, że była czyta pościel, dwa tapczaniki i łazienka. Perspektywa snu w normalnym łóżku po prawie trzech dobach spędzonych w podróży przyćmiła nawet fakt braku ciepłej wody w naszej łazience. No cóż jesteśmy przecież na Syberii. Trzeba się hartować. Bez marudzenia wzięliśmy więc zimny prysznic zgodnie z zasadą, że „zimna woda zdrowia doda”.
Z Alegiem byliśmy umówieni o 20 przed hotelem. Gdzieś niedaleko miała być knajpa do której zaprosił nas na tradycyjną buriacką kuchnię. Dosłownie 3 minuty drogi i siedzieliśmy już w małej restauracyjce o nazwie Selenga.
Tak nazywa się rzeka, która przepływa przez Ułan – Ude i wpływa do Bajkału. Gdyby nie fakt, że obsługa tej małej restauracji to Buriaci, a serwowane dania tylko mongolskie to niczym nie różniłby się od typowych europejskich klimatów.
Na pytanie Alega – na co mamy ochotę, poprosiliśmy o coś charakterystycznego z tradycyjnej buriackiej kuchni.
Bez namysłu zaproponował nam POZY i na dodatek SAŁAT MAG. Do picia oczywiście zielona herbata. W dużych ilościach. Jeszcze nie zdążyliśmy się rozgadać i młoda, uśmiechnięta kelnerka o charakterystycznej okrągłej buźce podała dla wszystkich… po trzy duuużżżżeeeee pierogi.
Tutaj robią najsmaczniejsze pozy – powiedział Aleg. Ich smak przypomina mi moją młodość.
Mój rodzinny dom i matkę, która wspaniale gotowała. To wielka sztuka zrobić dobre i smaczne pozy – kontynuował swój wykład Aleg.
- Pozwólcie, że pokażę wam jak się je spożywa. Otóż zgodnie z tradycją Buriaci, tak jak wszyscy Mongołowie nie używają sztućców, posługują się rękami.
Aleg wziął w palce dużego, okrągłego pieroga. Przystawił do ust. Odgryzł kawałek ciasta. Przechylił i zaczął spijać zawarty w nim rosół. Kiedy już wypił do końca rozpoczął konsumpcję kawałka mięsa znajdującego się w pierogu. Po takiej instrukcji nie dziwiliśmy się, że nie podano nam żadnych noży i widelcy. I dzięki tej pierwszej lekcji nie prosiliśmy już o nie, kiedy w jakiejś restauracji zamówiliśmy na posiłek pozy.
Ale tak smacznych jak te już więcej nie spotkałem.
To prawda co mówił Aleg – zrobić dobre i smaczne pozy to niezmiernie wielka sztuka.

Jeśli zaś chodzi o Sałat- Mag to dla mnie była to taka „paciejucha” – zasmażana mąka ze śmietaną. Przypominało mi to kaszę manną z dzieciństwa, której niestety nie trawiłem.
Przy pierwszej zielonej herbacie uzgodniliśmy harmonogram następnego dnia. Przy drugiej pogawędziliśmy o sobie nawzajem. Wszystko to w ramach zawiązania lepszej komunikacji interpersonalnej i co za tym idzie pogłębienia znajomości.
Przy trzeciej herbacie zeszło się na tematy niekwestowanego króla syberyjskiej tajgi – niedźwiedzia. Mieliśmy pewne obawy co do zaplanowanych wycieczek w tajgę, choćby ze względu na dużą ilość żyjących tam niedźwiedzi.
Aleg nas nie pocieszył. Potwierdził ich znaczną populację w tych rejonach do których się wybieraliśmy. A na dodatek skwitował to historią o swoim wujku, który był świetnym myśliwym, a mimo to zginął na polowaniu rozszarpany przez niedźwiedzia. Brrr…
Z drugiej strony byłoby to dość ekscytujące spotkać takiego brunatnego delikwenta „oko w oko”, gdzieś na ścieżce w Barguzińskich Górach. Stanąć naprzeciwko siebie… i co? No właśnie i co dalej? Wolę już nie rozpatrywać żadnych wariantów drogi ewakuacyjnej, tym bardziej, że nie posiadaliśmy ze sobą instrukcji – „na wypadek… „
Może już jednak nie koniecznie musimy się z nimi spotykać tak „oko w oko”. A gdyby naszła mnie jakaś szczególna ochota, to zdecydowanie bezpieczniej będę się czuł w warszawskim Ogrodzie Zoologicznym. I tej właśnie opcji postanowiliśmy się trzymać. Żadnych przypadkowych spotkań ani w tajdze, ani na górskich ścieżkach, a już tym bardziej na bajkalskiej, dzikiej plaży. Prawdopodobnie Wielki Duch Tajgi – Bajan Changaj wysłuchał mojej prośby i tak też się stało.
Wracając do historii o feralnym 50 polowaniu na niedźwiedzia, słuchając tej relacji , aż ciarki przeleciały mi po plecach. Bynajmniej nie ze strachu, lecz z faktu tak dosłownie potwierdzonej informacji o przesądach związanych z myśliwską tradycją Buriatów.
Zbierając przed wyjazdem materiały o buriackim szamaniźmie, trafiłem na artykuł
dr etnologii Veroniki Belyaevej z Uniwersytetu Mickiewicza w Poznaniu pt „ Współczesne wierzenia i folklor myśliwych Doliny Tunkijskiej „To właśnie tam przeczytałem o tym czego dowiedzieliśmy się w trakcie rozmowy z Alegiem. Cóż za niesamowity zbieg okoliczności. Przekaz odnosił się nie do jakiejś zasłyszanej historii o kimś obcym, lecz dotyczył bezpośrednio przeżytej rodzinnej tragedii.
W śród Buriatów zamieszkujących Dolinę Tunkińską znajdującą się na zachód od południowego wybrzeża Bajkału, między Wschodnimi Sajanami, a pasmem górskim
Chamar- Daban istnieje zasada odnosząca się dokładnie do polowań na niedźwiedzie. Zgodnie z nią, myśliwy w ciągu swojego życia może upolować tylko 49 niedźwiedzi.
Ten 50 będzie dla niego „feralnym”. Tak się stało w przypadku wujka Alega. Świetny myśliwy zostaje rozszarpany przez 50 niedźwiedzia. Zbieg okoliczności!? Niefortunny wypadek!?
Czy też może doszło do złamania TABU obowiązującego w buriackim prawie myśliwskim?
Tabu jest nie naruszalne, jest święte. Kto sprofanuje tę zasadę musi ponieść zasłużoną karę.
Nierzadko nawet tą najwyższą.
Wiele wydarzyło się od ostatniego mojego wpisu. Niestety z tego powodu ucierpiała moja bajkalska opowieść. Dzisiaj postanowiłem, że będę ją kontynuował.
W ostatniej chwili chwyciłem kamerę i nakręcałem całą, tą niespodziewaną sytuację.
- To dla mnie? To jest ten buben o którym opowiadaliście. Naprawdę jest dla mnie?






















